head.log

dla wszystkich, lecz nie dla każdego | Krzysztof Kudłacik

The Genius of photography

Każdemu fotografującemu polecam ten serial emitowany aktualnie na kanale cyfrowym Planete po polskim tytułem Geniusz zaklęty w zdjęciach. Podejrzewam jednak, że także osoby nie mające doświadczenia z fotografią zainteresuje ten film: bo to zwyczajnie – to są kapitalnie opowiedziane historie. Historie zdjęć, fotografów, tematów, trendów, przełomowych momentów w historii fotografii.

Powiedzmy jasno: Geniusz zaklęty w zdjęciach to opowieść o fotografice – czyli o sztuce. Oglądając ten dokument nie nauczycie się robienia zdjęć – więcej: nie nauczycie się robienia lepszych zdjęć. Nie ma tu odrobiny poradnika. Ludzie przekonani, że zdjęcia robi aparat, a nie fotograf niczego tu dla siebie nie znajdą.
Jestem jednak przekonany, iż po oglądnięciu choćby jednego z odcinków (a można je oglądać w dowolnej kolejności) zechcecie robić lepsze zdjęcia: to chyba kluczowa funkcja tego filmu – motywacja widza i zmiana jego myślenia.
The Genius of photography umie zmienić nasze myślenie o fotografowaniu.
Dzieło BBC kapitalnie pokazuje różne – często sprzeczne lub przeciwbieżne – funkcje pełnione przez fotografię w społeczeństwie i w życiu jednostek.

Ale film o którym mowa nie jest zwykłą, dobrze opowiedzianą historią kilku węzłowych punktów w dziejach fotografii. Tytuł jest prawdziwy i adekwatny: to są historie geniuszu – zarówno geniuszu pewnej gałęzi sztuki, jak i geniuszu wybitnych jednostek tworzących zręby fotografiki. Jako takie, dzieło brytyjskiej stacji jest subiektywnym wyborem – jest zaledwie i aż – punktem widzenia autorów poszczególnych odcinków. Zatem to nie jest wykład historii. To opowieść o jej wybranych momentach.

Dla mnie jeden z podstawowych wątków The Genius of photography jest opowieść o ciągłym napięciu i wahaniach w podstawowym punkcie fotografiki: czy fotogram jest prostym, obiektywnym zapisem tego, co widzi obiektyw, czy też może jest efektem manipulacji, jaką wykonuje na widzach autor zdjęcia?
Odpowiedź na ten dylemat jest bardzo złożona i chyba nadal nie gotowa. Oglądamy bowiem fotografie typologii ludzi autorstwa Augusta Sandera (jedna z galerii): (pozornie) doskonale obiektywne i wyprane z emocji lub punktu widzenia fotografa; podobnie słynne zdjęcia Karla Blossfeldta (Blossfeldt w Wikipedii), który fotografuje rośliny – jednak na jego zdjęciach wyglądają bardziej na wykute z żelaza ozdoby. Podobnie ich współcześni następcy – choćby Hilla Becher (Wikipedia), której dzieło sprowadza się do fotografowania wież górniczych, wież ciśnień lub pieców hutniczych. Nic tylko czysta taksonomia, obiektywny opis.

Jednak projekt doskonale zobiektywizowanych fotogramów ponosi porażkę jeszcze za życia jego twórców. Oto bliższe analizy zdjęć Sandera pokazują, że ich autor bardzo przemyślnie i precyzyjnie lokuje w nich drobne wskazówki pokazujące historię modeli lub ich stany emocjonalne. Innym zwolennikiem taksonomii i obiektywizmu był Aleksander Radczenko, który jednocześnie pokazał jak z – wydawało by się – realistycznych i dokumentalnych zdjęć uczynić oręż wojującego bolszewizmu. Wystarczyło zastosować fotomontaż i retusz.

Także w nurcie charakteryzującym się szczerością, prostotą i (przynajmniej domniemanym) obiektywizmem należy wymienić Walkera Evansa (inna galeria), który na zlecenie rządowej agencji rolnej fotografował farmerów z południa USA oraz warunki ich życia.
Gdybym miał szukać zdjęcia, które na zawsze zapamiętam, to będzie wśród nich portret Allie Mae Burroughs autorstwa Evansa.
Ponownie bliższe spojrzenie na jego rzekomo dokumentalne zdjęcia z farmerami pokazuje, że wiele z nich było dokładnie reżyserowanych i aranżowanych. Tym bardziej to zaskakuje, jeśli będziemy pamiętać, iż Evans hołdował tradycji ustanowionej przez Eugene Atgeta: przedmioty opowiadają o ich właścicielach. A skoro mówią o właścicielach, to ich planowe aranżowanie zmienia przekaz i już nie jest obiektywną prawdą.

Niezwykłe wrażenie zrobił na mnie odcinek We Are Family – dedykowany głównie portretom i ogólnie: zdjęciom ludzi. Nie przypuszczałem, iż fotografowanie obcych ludzi, bliskich lub rodziny, czy wreszcie autoportrety (Sindy ShermanUntitled Film Stills; czytaj także w fotal.pl).
Oto zdaniem Sally Mann fotografowanie jej dzieci pozwalało jej nawiązywać lepszy kontakt z nimi. Była to poniekąd terapia. Podobna metoda myślenia o fotografowaniu towarzyszyła Larry’emu Sultanowi (biografia i portfolio). Także Richard Billingham mieści się w tym nurcie: fotografowanie jego ojca alkoholika było namiastką zachowania kontaktu z nim, bo inny był w zasadzie niemożliwy.
Co do fotografii Sally Mann – znałem je zanim obejrzałem program BBC. I nadal mam ambiwalentne odczucia co do jej twórczości. Nie mogę się pozbyć wrażenia, iż podąża ona po cienkiej linii oddzielającej fotografię od pornografii. Tym bardziej jest to odrzucające, że Mann dokonuje celowego ekshibicjonizmu swoich nieletnich dzieci. Z drugiej strony jej wyczucie światła jest wręcz niezwykłe.

Niewiele też mam zrozumienia dla specyficznych outsiderów świata fotografii osobistej o których obszernie wspomina serial: Larry’ego Clarka (Wikipedia) fotografującego zdegenerowany świat ćpunów w Tulsa; Nan Golding (Wikipedia) pokazującej świat swoich znajomych – transwestytów. Ale w porządku – autorzy serialu BBC dokonali takiego, a nie innego wyboru. Ich idea (poza samą orientacją polityczną) jest dość jasna: pokazać dobitnie, że dokumentalizowanie nie ma granic – obejmuje także życie potoczne samych fotografujących, bez ogródek pokazując ich rzeczywistą tkankę. Nawet jeśli jest to przekroczenie granic intymności lub nawet dobrego smaku.
Dokumentalistą własnego życia jest z tej perspektywy także Araki Nobuyoshi (Wikipedia) – tu w szczególności chodzi o jego zdjęcia autobiograficzne pokazujące jego żonę, choć w popularnym przekazie publiczność zna go bardziej jako ciut zboczonego fotografa kobiecych sromów lub spętanych sznurami kobiet. Araki wszedł do historii fotografii swoim cyklem zdjęć z podróży poślubnej Podróż sentymentalna (1971) (nie doszukałem się próbek zdjęć z tego genialnego albumu w sieci – tu niestety króluje wątek perwersji Arakiego).
Araki wyznaje swoje credo: jeśli nie robisz zdjęć, to zapominasz. Zdjęcia stają się pamiętnikiem życia – swojego, bliskich lub wręcz ulicy. Granica między albumem rodzinnym, a sztuką staje się dyskusyjna lub wręcz się zaciera.

Nurt fotografów życia to także słynna Diane Arbus, która pioniersko połączyła prostotę przekazu z autentyzmem i prawdą o fotografowanych ludziach. Tu w zupełności podzielam zachwyt autorów serialu nad twórczością artystki. Portrety jej autorstwa są niezwykłe. Posiadła rzadką umiejętność odsłaniania ludzkich emocji. W The Genius of photography zilustrowano to głównie jej sesją z rodziną Matthaei (1969), kiedy to Arbus była u szczytu swojej legendy jako trendsettera nowojorskiej bohemy artystycznej. Zdjęcia Matthaei są raczej marne technicznie, nieostre, często źle doświetlone, ale posiadają dużą siłę wyrazu i pokazują emocje.
Araki, Arbus, czy Golding są zdumiewająco zgodni co do celu swojej aktywności: trzeba ujawnić, pokazać, sfotografować osobowość człowieka.

I jeszcze jedno mnie zaskoczyło w filmie BBC.
Niezwykła różnorodność metod pracy fotografów.
Joel Meyerowitz (galeria) – jadna z ikon fotografii ulicznej (zresztą doskonale wpisującej się we wspomniany wyżej nurt fotografii życia) zaczynał jako wyznawca idei właściwego momentu (Decisive moment H.Cartier-Bressona) – trzeba być we właściwym miejscu i czasie, aby uzyskać to jedno, unikalne, doskonałe ujęcie – jeśli go przegapisz, to straciłeś tę szansę na zawsze.
Meyerowitz pod wpływem swoich doświadczeń fotograficznych porzuca ideę właściwego momentu i dochodzi do przekonania, że każdy moment jest równie dobry – to jest fundament fotografii ulicznej.
Tak, jak Meyerowitz łapie skrawki życia na ulicy, tak Paolo Ventura fotografuje lalki pokazując za ich pośrednictwem koszmar wojny.
Martin Parr znajduje swoje naturalne środowisko w supermarkecie, czy dzielnicy robotniczej. Poniekąd na przeciwnym biegunie odnajdujemy Gregory’ego Crewdsona, który całość swoich fotogramów aranżuje i modeluje, a następnie poddaje starannej obróbce cyfrowej. Rzeczywistość w jego zdjęciach jest zlepkiem artefaktów – a zdjęcie jest niemal całkowicie produktem jego wyobraźni (por. szczególnie jego fotogramy Pittsfield).
Robert Frank w swojej dziewięciomiesięcznej podróży po Stanach Zjednoczonych gromadzi tysiące negatywów, aby następnie w jedno popołudnie wybrać kolekcję znaną jako album The Americans (1954). Tymczasem Wang Qingsong postanawia produkować najwyżej dwa fotogramy rocznie i sprzedawać je tylko wybranym kupcom, którzy chcą jego zdjęć dla nich samych, a nie po to, aby je potem odsprzedać z zyskiem na rynku aukcyjnym (wywiad z fotografem).
Całość dzieł Qingsonga to dzieła kreacyjne i zaplanowane w najdrobniejszych detalach. Z drugiej strony najsłynniejsze zdjęcie autorstwa Andreasa Gurskyego powstało przypadkiem w czasie wycieczki do Włoch. Tak samo przypadek był źródłem ulubionego zdjęcia Williama KleinaBroadway and 103rd Street (1955)

W ostatnim odcinku serialu autorzy dokonują swoistej pointy ich punktu widzenia na fotografikę. Zatacza ona koło. Z jednej strony mamy czyste fantazje i wyobraźnię Qingsonga czy Crewdsona, a z drugiej punkt wyjściowy fotografii – dzieło Camille Silvie Scena nad rzeką (1858). Rzekomo realistyczny fotogram ze sceną jest w rzeczywistości fotomontażem z kilku innych zdjęć (chmury), został poddany retuszowi (domalowano gałęzie drzewa w centrum kadru) oraz jest w całości zainscenizowany (wieśniacy widoczni na zdjęciu zostali wynajęci jako statyści). Więcej – sam Silvie nie jest autorem zdjęcia o którym mowa: zdjęcie zrobił jego asystent (F.Moustard).
Okazuje się tedy, iż fotografia od zarania obficie wykorzystywała środki kreacji i nigdy nie była wiernym odzwierciedleniem rzeczy jakimi one są.

Na koniec ponownie zachęcam do oglądania tego serialu. Zgoda: jego autorzy mają wyraźne inklinacje lewackie, ale udaje im się zachować spory obiektywizm w przedstawianiu różnych zjawisk, nawet gdy są one raczej marginalne i nie wnoszą kluczowych wartości artystycznych, czy historycznych.
Program ogląda się doskonale także z powodu jego umiaru. Ilustracje i komentarze są dozowane rozsądnie i krótko, rzeczowo, a jednocześnie syntetycznie. Wykorzystuje się raczej niewiele ilustracji – zatem widz nie dostaje oczopląsów, często stosuje się powtórki pewnych kluczowych punktów, aby pokazać je inaczej i dodać im nowe znaczenie.
Krótko: doskonała dokumentalistyka.

urlopy i urlopy arrow-right
Next post

arrow-left mój stan wojenny
Previous post

  • salvadhor

    13 stycznia 2008 at 21:47 | Odpowiedz

    Świetny zbiór materiałów. Dla mnie portrety i ludzie to dopiero czas przyszły, niemniej powoli się przymierzam (lampka, itp). Mam opory, bo będę musiał przełamać barierę, że w ludziach nie ma nic ciekawego. Najciekawsze ujęcia jakie do tej pory udało mi się zebrać z ulicy, to tajniaki z telezoom’a. Ustawiane fotki studyjne… Z jednej strony pachnie komercją (Skóra a’la glamoure i inne takie zabiegi), z drugiej wyzwanie dla wyobraźni i komunikacji z modelem. Na początek spróbuję opanować obiektywem zamęt weselny w najbliższym czasie :)

  • empiryk

    14 stycznia 2008 at 17:23 | Odpowiedz

    Ludzie i ich emocje to jedyne, co mnie w fotografii interesuje.
    Co do weseliska – świetne miejsce na soczyste reportażyki – szczególnie w bardziej zaawansowanych fazach rozwoju zabawy lub wręcz po zabawie :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *